Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawiarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawiarnia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2012

Sofra

W miejsce wietnamskiej knajpki na rogu Wilczej i Emilii Plater od mniej więcej dwóch tygodni funkcjonuje Sofra. Lokal póki co nie ma szyldu (albo nie będzie miał go wcale) więc musicie uwierzyć mi na słowo, że to te przeszklone pomieszczenie z jasnym wnętrzem. W tych okolicach przebywam często, więc pojawienie się czegoś nowego to zdecydowanie pozytywna wiadomość. 
W środku dominuje kolor biały we wszystkich jego odcieniach, jest lekko industrialnie, a mimo to przytulnie. A może ten przytulny klimat tworzą ściany pozastawiane butelkami wina, co zawsze jest dobrym znakiem?
Sympatyczny klimat tworzy też Pani Kelnerka, która nie narzucając się wskazuje nam swoje ulubione potrawy.
W Sofrze (sorfa to z tureckiego stół albo taca do spożywania posiłków) serwowana jest kuchnia turecka. Zamawiamy więc bakłażana faszerowanego mięsem i warzywami, który podawany jest z ryżem, sałatką i miętowo ziołową pastą na bazie jogurtu, której nazwy niestety nie pomnę. Szczerze mówiąc jadałam już lepiej zrobionego bakłażana, nie wiem czy to kuchnia turecka,czy za mało przypraw. Nie urwało, w przeciwieństwie do pysznej pasty, którą miło było zjeść z podanym chlebem.
Za radą obsługującej nas pani zamówiłyśmy bezę, przygotowana przez szefowa lokalu. Niestety, a może na szczęście należę do grona osób, które nie przepadają za bezami. Są dla mnie zbyt słodkie i mdłe jednocześnie. Beza z Sofry diametralnie odmieniła moje postrzeganie tego ciastka. Może była to beza połowiczna, bo składała się z trzech warstw: bezy właściwej, kremu oraz biszkoptu, no ale.... rewelacja. Nie była za słodka, miała w sobie jakąś interesującą nutę. Pozycja obowiązkowa.
No i wino. Również z polecenia zamówiłyśmy francuskie białe wino Marques de Pannautier. Kolejny mocny punkt tego miejsca. Wino z nutą owocową i jednocześnie wyrazistym smaku. A biorąc pod uwagę, że ceny kieliszka wina wahają się od 7 do 14 zł śmiało można iść w większe ilości.
Podsumowując: chętnie wrócę do Sofry myślę, że nie raz ani nie dwa. Dam kolejne szanse słonym pozycjom z menu, bo słodkich i alkoholi jestem pewna.






View Larger Map

wtorek, 21 sierpnia 2012

By the Way

"By the Way" to nowa knajpka otwarta, można już powiedzieć, w zagłębiu gorących miejscówek, to jest na ulicy Lipowej, na warszawskim zakorkowanym ostatnio Powiślu. Między SAM'em (aż wstyd się przyznać ciągle przeze mnie nieodkrytym) a Piaskownicą. Wnętrze jest bardzo przytulne. Rząd stolików pod ścianą tworzy kawiarniany, niezobowiązujący klimat, a lustra optycznie powiększają pomieszczenie. Ściana na lewo od wejścia zastawiona jest kawami, herbatami, ciastami i ciastkami. Domowo. Biorąc pod uwagę fakt, że Lipowa to można powiedzieć część kampusu UW, luźne wnętrze z pewnością nie odstraszy studentów (a na pewno nie tych z Lipowej 4:). Strzał w targetową dziesiątkę!Przejdźmy zatem do jedzenia. Menu wypisane jest, jak w wielu miejscach ostatnio, kredą na dużej tablicy. Obsługa szybko  zajęła się nami. Ja wybrałam spaghetti  z krewetkami i kurkami. Prosta pasta na oliwie ze wspomnianymi składnikami. Danie podane w tempie ekspresowym. Może nie była to rewelacja, ale z pewnością makaron przyrządzony po domowemu i lekki. Na warsztat poszła jeszcze sałata z kozim serem w sosie musztardowo-miodowym. Smaczna podobno. Tydzień temu w lokalu nie można było zakupić alkoholu, ale lemoniada była bardzo odświeżająca. Są zupy, sałaty, makarony. Kawa na wynos i mieszanki kaw do kupienia. Ceny owszem mogłyby być nieco niższe, bo o ile mnie pamięć nie myli i sałaty i pasty wahają się w okolicach 30 zł.Absolutną rewelacją było natomiast ciasto brownie z kawałkami białej czekolady i borówkami. Podobno pochodzące od autorki White Plate. Pychota!!! Spróbujcie koniecznie.BTW bardzo, bardzo pozytywnie zapisało się w mojej kulinarno-lokalowej pamięci. Jest to miejsce zarówno  na śniadanie, szybką kawę, lunch między zajęciami czy niezobowiązującą kolację. Obsługa, mam nadzieję, że nie tylko dlatego, że knajpka jest nowa, ciężko i zasłużenie pracuje na pozytywne opinie.Sprawdźcie tą miejscówkę!

lokalizacja: Warszawa, ulica Lipowa 7a






Mniam (a to tylko połowa porcji)




niedziela, 6 maja 2012

Kraków, czyli gościnne występy part I

Zalet Krakowa nikomu nie muszę przedstawiać. Jest pięknie. Nie będę zatem tworzyła własnego przewodnika po zabytkach, ale prezentuję - jakżeby inaczej - parę fajnych miejsc z jedzeniem. A będą to knajpki - z jednym małym, ale smacznym wyjątkiem - zlokalizowane na Kazimierzu.
Zaczynamy od śniadania. Na śniadanie udajemy się do lokalu, o nazwie mówiącej sama za siebie, czyli do BAGELMAMY. Z ulicy Szerokiej skręcamy w kierunku ulicy Dajwór, kierujemy się na prawo, a tam już za parę metrów czeka dość niepozorna z zewnątrz malutka kawiarnia serwująca bajgle w praktycznie każdym wydaniu. Możemy wybrać rodzaj samego chleba (graham, z sezamem, z makiem etc.) oraz jedną z proponowanych opcji podania (na słodko, słono, na ostro, łagodnie) lub samemu stworzyć swoją wersję. Jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Bajgle są świeże i solidnie wypchane dodatkami.





Propozycje obiadowe są dwie. Zostając dalej na Kazimierzu idziemy do SATORI na rogu ulic Jakuba i Szerokiej. Szyld mówi, że znajdujemy się w Cafe/Bistro. Proponuję dopytać się o zupę dnia, którą w dniu naszej wizyty był krem marchwiowo-cytrynowo-imbirowy. Sałatki dobre. Pyszne makarony, zdaje się produkcji domowej. Porcje jednak nie duże. Smacznie. Makaron i świeży sok z pomarańczy 26 zł.






Wychodzimy z Kazimierza. Idziemy w kierunku Starego Rynku. Na ulicy Św. Tomasza, właściwie na Placu Szczepańskim znajduje się TRUFLA. Pozycja obowiązkowa, bo rekomendowana w przewodniku Michelin na 2012 rok. Ceny przystępne. Pasty od 25 zł do 30 zł. Pyszna krem z papryki z kiełbasą hiszpańską za 8 zł. Uszy się trzęsły. Wnętrza jasne, domowe. Porcje duże. Same plusy. No, może minusem jest to, że w lokalu jest dosyć duszno. Otwarta na restaurację kuchnia robi swoje. Koniecznie odwiedźcie TRUFLĘ.



Ponadto absolutnie, koniecznie i obowiązkowo w Krakowie odwiedzić należy pierogarnię VINCENT na ulicy Bożego Ciała. Jestem tam przy każdej wizycie w Krakowie. Takich pierogów nie ma nigdzie indziej. Od ilości i różnorodności nadzień kręci się w głowie. Dla mnie hitem są te z wątróbką, cebulą i jabłkiem. Są serowe, warzywne, owocowe, bardziej klasyczne jak z mięsem czy ruskie. Pychota. No i 10 całkiem sporych pierogów za 15 zł to też rzadkość. 
Krakowskich fajnych miejscówek jest naprawdę sporo. Radzę poszukać czegoś na Kazimierzu lub choć odrobinę oddalić się od Starego Rynku. Pyszny weekend;)


czwartek, 12 kwietnia 2012

Mokotowska22

Wydawałoby się, że w okolicach Placu Zbawiciela nie może pojawić się już żadne zaskakujące miejsce. A jednak Mokotowska22 okazała się miłą niespodzianką. 
Po zapoznaniu się z fejsbukową stroną tego lokalu myślałam, iż jest to trochę bardziej artystyczna kawiarnia, w której zjeść można co najwyżej tartę czy kanapkę na ciepło, popijając ją kawą czy innym koktajlem. Jakże miło było zatem zobaczyć w bądź co bądź minimalistycznej karcie dań pozycje obiadowe, tym bardziej, że poszłam tam prosto po ciężkim dniu pracy:/ 



Oto nasze zamówienia: roladki z bakłażana z kozim serem, sosem pomidorowym i octem balsamicznym. Mimo, że bakłażan był smażony na oleju dnie było lekkie, a bakłażan z serem jest pysznym połączeniem smaków. Wiosna nastraja mnie na lżejsze pozycje z menu. Do roladek zatem wybrałam sałatę ze szpinakiem, melonem, serem gorgonzola i płatkami migdałowymi, w sosie miodowo musztardowym. Mistrzostwo. Całkowicie zastępuje deser, bo dresing i melon sprawiają, że jest to po prostu sałatka na słodko.Dziewczyny poszły w makarony: z łososiem w różowym (pomidorowo-śmietanowym sosie) z krewetkami z chilli i natką pietruszki. Oba świetnie doprawione i mimo wszystko lekkie. Na tyle lekkie, że znalazło się jeszcze miejsce na deser w postaci słodkiej gruszki (chyba jednak z puszki) z mascarpone, serem pleśniowym, posypaną orzechami włoskimi. Smaczna, ale bez rewelacji.
Może dlatego, że spodziewałam się kolejnej typowej kawiarni, a było zupełnie inaczej, Mokotowska22 dołącza do grona ulubionych miejsc. I tych zdecydowanie do ponownego odwiedzenia. Jest bardzo smacznie. Menu jest inne, makarony nieoklepane, ciekawie łączone smaki. Wielkie wyrazy uznania dla kucharza.





 Poza tym w Mokotowskiej22 jest zwyczajnie przyjemnie posiedzieć. Obrazy, świece, połączenie nowoczesnych, prostych mebli z nieco bardziej orientalnymi formami tworzy ciepłe wnętrze. Kawa (na temat której wariacji oferowanych bez liku) w tym miejscu wskazana.
Dobra, jedynym minusem naszej wizyty to dosyć długi czas oczekiwania na zamówienie. Poza tym póki co nie ma alkoholu. Ale po tak pysznym jedzeniu to wszystko zwyczajnie idzie w niepamięć. Jest pysznie! 

lokalizacja: patrz tytuł;)

środa, 28 marca 2012

Pompon


Idealnym sposobem na rozpoczęcie tak przyjemnego weekendu jak miniony jest spożycie pożywnego i smacznego śniadania w doborowym towarzystwie. Miejsce: Pompon na Woli. Niewiele ciekawych kulinarnie miejsc znajduje się w okolicy mojego miejsca zamieszkania, zatem Pompon jest miłym odkryciem. Ciężko dokładnie określić czym tak do końca jest to miejsce. Coś pomiędzy kawiarnią, śniadaniownią, a lunchownią.
Przede wszystkim jest to miejsce dla rodziców z dziećmi (więc średnio się wpisywałyśmy w target). Lokal jest długi, a jego istotną część zajmują pomieszczenia, w których prowadzone są warsztaty dla dzieci (np. z robotyki!), organizowane kinderbale i oczywiście gdzie dzieci mogą nieźle poszaleć (zjeżdżalnia, tunele itp.). Wszystko utrzymane w jasnej tonacji biało-sosnowch wnętrz.



Są zapchane regały z maskotkami, grami edukacyjnymi  i książkami, których raczej nie dostaniemy w Smyku. Co ciekawe, Pompon oferuje firmowe zestawy z wycinankami o różnym poziomie trudności dla najmłodszych (fajny pomysł). Jest też wieszak z eko ubraniami (dla małych i większych). Gdyby tylko kurtka z Potworem Ciasteczkowym była w wersji dla dorosłych, wiem w czym pomykałabym tej wiosny.
Z dziećmi póki co nie przyszłyśmy do Pompona, nie pozostało nam nic jak przejść do konsumpcji. Jest menu śniadaniowe oferujące jajka, croissanty, tosty. Wszystko w wersji eko. Zamówiłyśmy zatem jajeczniczkę podaną z ciepłymi bułeczkami oraz z miksem sałaty, rukoli i pomidorków cherry. Przednie. Jajecznica podana nieco na słodko, ale przełamana lekko kwaskowatym, gęstym sosem balsamicznym, dodanym do sałaty.







Drugą pozycją był omlet włoski z suszonymi pomidorami i gorgonzolą. Również podane z sałatą. Omlet sam w sobie był bardzo dobrze usmażony, lekki, konsystencja pianki. Niestety gorgonzoli trzeba się było troszkę naszukać. No ale przynajmniej nie był przez to ciężkostrawny i kalorii może trochę mniej.
Z napitków na naszym stole: klasyczna latte i sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Bez zarzutów. Ceny raczej przystępne. Za omlet, kawę i sok uiściłam w kasie złotych trzydzieści dwa bodajże.
Podsumowując: świetne miejsce dla dzieci z opiekunami. Naprawdę sporo się tu dzieje dla najmłodszych, więc trzeba trzymać rękę na pulsie. Rodzic, który czeka na pociechę pochłoniętą mocno rozwijającą zabawą może skorzystać z niedawno otwartego Pompon Spa. Takie rodzicielstwo mi się podoba:)
Jeśli jednak nie dysponujemy małoletnim możemy po prostu przyjść na smaczne jedzenie, które jak zapewnia obsługa jest całkowicie eko, cokolwiek by to znaczyło...


lokalizacja: Warszawa, ulica Młynarska 13
http://pomponart.pl
Na koniec występ Ciasteczkowego  :)

środa, 14 marca 2012

Tel Aviv Cafe+Deli


Tel Aviv Cafe+Deli odwiedziłam można powiedzieć z musu. Tylko po to, żeby odhaczyć kolejne miejsce na Poznańskiej. Nie oczekiwałam niczego nadzwyczajnego. Owszem czytałam/słyszałam pozytywne opinie, ale jako że znajdujący się na przeciwko (nomen omen) Beirut całkowicie podbił moje serce, nie spodziewałam się, żeby wizyta w Tel Avivie cokolwiek zmieniła. Pomyślałam, że może czasy świetności tego miejsca już za nami, a peany na jego cześć są nieco na wyrost. Jakże się myliłam!
Pierwszą rzeczą, która różni Tel Aviv od Beirutu (bo porównań nie sposób uniknąć, choć to zupełnie różne kuchnie) jest światło. Lokal jest po prostu bardzo jasny. Pomimo niewielkiego metrażu wydaje się być przestronny. Wysoka lada zastawiona jest owocami i różnego rodzaju ciastami, na ścianie obok wystawka koszernych produktów (wina, oleje etc.) na sprzedaż. Sala w głębi jest bardziej kameralna.
Z racji swojego koszernego profilu w dniu naszej wizyty w Tel Avivie organizowana jest impreza z okazji żydowskiego święta Purim. Gości jest dużo, ale obsługa dosyć szybko się nami zajmuje. Purim w Tel Avivie objawia się między innymi tym, iż nagle do lokalu wkraczają poprzebierani za wcale nieżydowskich bohaterów stali bywalcy tego lokalu, co zostało przez P. skwitowane stwierdzenie, że to zapewne jakieś żydowskie bakusy.
Zamawiamy. Na przystawkę hummus z sosem tahini z oliwą podawany razem z pitą. Z ciekawości i dla porównania z hummusem z Beirutu. Nie wiem czy to z powodu specyfiki kuchni żydowskiej, ale telavivski hummus zdecydowanie wygrywa z tym z naprzeciwka. Jest wyrazisty. Zapewne przez sezamowo-orzechowy sos dodawany do tego hummusu. Warte spróbowania.


Przechodząc do „dań głównych” wybieramy zapiekanki. Tarty oferowane w karcie niestety nie wchodzą grę, gdyż jak zostałyśmy poinformowane już „wyszły”. Z jednej strony szkoda, że nie udało nam się ich spróbować, a drugiej to znak, że jedzenie w Tel Avivie faktycznie jest świeże.  Zamawiamy więc: szkszukę (jajko sadzone na sosie z pomidorów, papryki i cebuli), musakę oraz kugel wielowarzywny. Kugel okazuje się zapieczonymi z serem warzywami z makaronem (podawany ze smacznym ogórkowo- miętowo-jogurtowym sosem). Ujdzie w tłumie. Musaka jest właściwie zapiekanką z serem, szpinakiem i pomidorem. Szakszuka natomiast, pomimo tego, że brzmiała może najmniej zachęcająco, wypadła najlepiej na tle pozostałych dań.

Kugel

Szakszuka

Musaka

W Tel Avivie polecić należy lemoniady. Podawane na ciepło lub nie, robione ze świeżych owoców, fajne połączenia smaków (imbir, cytryna, miód, lub cytryna z miętą nana). Poza tym koktajle w dowolnym połączeniu owoców. Poprawiają nastrój.




Podsumowując: smacznie, interesująco zarówno ze względów kulinarnych jak i kulturalnych. Tanio. Zdecydowanie więcej takich miejsc w Warszawie! 
lokalizacja: Warszawa, ul. Poznańska 11



wtorek, 6 marca 2012

Znajomi Znajomych


 Eksplorowania Śródmieścia ciąg dalszy. Tym razem knajpka o zapraszająco brzmiącej nazwie „Znajomi Znajomych”. Czyli, że moi i Wasi też!
 Okolica Wilczej i Poznańskiej ostatnimi czasy zaczęła zapełniać się różnego rodzaju ciekawymi lokalami. Znajomi należą do tych obowiązkowych do odwiedzenia i zajmują mocną pozycję na podium razem z Lenivcem i Tekturą (o których zapewne niebawem). Z wielu powodów.
 Po pierwsze w środku jest rzeczywiście przytulnie i domowo, ciepło. Rozliczne zakamarki tego lokalu pozwolą każdemu znaleźć swoją miejscówkę. Ostatnio odkryłam jak nie wiele wiem na temat wystroju wnętrz, więc nie będę się rozpisywać na ten temat. W każdym razie elewacja przednia;), a na barze mają cały skład Monty Pythona, więc mnie urzekli...



     
 Po drugie gotują całkiem smacznie. Polecam sałatę z gruszką, serem pleśniowym i orzechami włoskimi. W karcie poza tym makarony (których po ostatnich wakacjach mam przesyt), pizze, ale coś mniejszego do piwa też się znajdzie. Co istotnie, w marcu rachunki obejmujące konsumpcję obniżane są o połowę!


 Po trzecie u Znajomych się dzieje. Grafik imprez jest dosłownie wypchany po brzegi. Koncerty, wernisaże, pokazy filmów, w weekendy niezłe potańcówki, każdy coś znajdzie.
  Wad póki co nie znalazłam, ale może to przez świetnego pianistę, który bardzo umilił nam ten wieczór (mam nadzieję, że można go posłuchać w każdy poniedziałek). Moja druga wizyta w tym lokalu była jak najbardziej udana i zdecydowanie dodaję go do ulubionych. 






lokalizacja: Warszawa, Wilcza 58a (w bramie)
http://znajomiznajomych.waw.pl/

wtorek, 21 lutego 2012

Piaskownica

          
Niedziela nie była przyjemna. Nie dość, że deszcz zmienił śnieg w gigantyczne kałuże, to jeszcze z każdej strony złe informacje. Wieczorne spotkanie celem wygadania i wyżalenia było wskazane. Z racji moich blogowych obowiązków miejsce spotkania musiało nadawać się na post, wobec tego wybrałam Piaskownicę. Miejscówka nowa, a zasłyszane pozytywne opinie zachęcały.





Piaskownica znajduje się na Powiślu tuż obok BUWu, koło jak dobrze znanego ze studenckich czasów punktu xero:) Przez pogodę, albo przez porę dnia nie trudno było o wolny stolik. Jeśli chodzi o same pomieszczenie: dominuje dykta i szarość na ścianach, z sufitu natomiast zwisają pojedyncze żarówki. Niezobowiązujący wystrój wprowadza luźną atmosferę. Kolorowy bar zastawiony jest muffinkami, babeczkami, tartami...jest słodko.
Głód dawał o sobie znać, wobec czego konsumpcja była nieunikniona. W menu zupy, słone tarty, tosty i kanapki. Wybrałam ciabatę  z szynką parmeńską i rukolą z dodatkiem słodkiego musztardowego dressingu. Baaardzo smaczna. Niestety żołądek wprowadził mnie w błąd i zmusił do zamówienia dużej kanapki, dużo za dużej, dlatego zamówienie kanapki w wersji max sugeruję tylko tym naprawdę głodnym. Próbowałam też kanapki z łososiem, koperkowym serkiem, ogórkiem i pomidorem. Również polecana.




W menu śniadania (domowo brzmiące w stylu muesli) i lunche. A do tego wspomniana już różnorodność słodkości, wyglądających naprawdę zachęcająco.  Napitki do wyboru do koloru z alko lub bez (piwa, drinki, koktajle, pyszna kawa i zielona herbata).
Miejsce jest zdecydowanie studenckie. Wskazane na przerwę między zajęciami. A co ważniejsze studenckie są też ceny (!). To dodatkowy plus. Moja smykałka detektywistyczna sugeruje mi, że zawieszony na  ścianie projektor oznacza wieczorne oglądanie filmów:) Eventy się kręcą…
Jak już wspomniałam, w niedzielny wieczór Piaskownica świeciła pustkami, dlatego bardzo mnie ciekawi jak ten lokal prezentuje się wieczorami piątkowymi czy sobotnimi… a zatem dopisuję Piaskownicę na listę do ponownego odwiedzenia. Sprawdźcie to!




lokalizacja: Warszawa, ul. Lipowa 7A